Na paryskim bruku szukałem pomruku
dodano: 28.12.2008

Moim ulubionym dialogiem z Uprowadzenia Agaty jest gadka: -Dzień dobry. My jesteśmy z niezależnej telewizji Pirat. - Dzień dobry, ale niezależnej od kogo? – A, to zależy. Film filmem, ale w codzienności człowiek też w tą niezależność popada, czasem jak krew w piach. Można wręcz stać się uzależnionym od tej niezależności. A bo cały świat taki się nagle indie zrobił…;-)
Ja w kwestii szukania nowej muzyki stawiam na siebie. Ja wiem gdzie szukać, ja wiem co chcę znaleźć i siebie znam, więc kitu sobie nie wcisnę, nie oszukam, pod publikę też nie zagram, bo jak ktoś mnie zna, to wie, że modny nie jestem i nie dla mnie przechwałki, czegóż to ja nie słucham, wow. Generalnie mam poukładane i z rzadka dopuszczam do siebie głosy innych marudzących: weź koniecznie posłuchaj. A w dupie mam. Muza ma mnie znaleźć to znajdzie sama, a nie przez kogoś. A co? Poza tym jakaż to frajda jest samemu sobie coś wykopać. My precious normalnie.
I ciężko mi się przekonać do zespołów, do których robiłem już podejście i ich trudy zawładnięcia moją osobą spełzły na niczym. Dlatego duszno mi się zrobiło, bo poczułem, że ktoś znów chce mnie na minę wsadzić,  znów dobre rady dawać, znów polecać coś, co wszyscy już na wylot znają, gdy kolega Zmywak powiedział: Posłuchaj sobie nowych Pustek. Ja Cię znam. To jest płyta dla Ciebie. Jassssne… Pustki dla mnie. Pupilki Trójki, rozdmuchane ochy i achy (albo ohy i ahy), nuda panie, nie mój klimat.
Ja nie powiem. Potraktowałem Pustki sprawiedliwie. Dałem im szansę po wydaniu pierwszej i drugiej CD i sprawiedliwy wyrok sobie wydałem. Ciekawe, ale zbyt pretensjonalne, nie dla mnie, zostawić, na razie nie ruszać, nic się przez dłuższy czas nie wydarzy, nie zawładną moim umysłem, nie chcę drugiego Janerki, nie chcę tej maniery w głosie, teksty nie o mnie, nie dla mnie. Pozostawić szacunek za bycie indie i zdobycie trójkowych słuchaczy. No i szacunek za kilka niezłych numerów. No bo dziwnym trafem za starych czasów w trasowym busie znalazła się paczka z różnymi singlami i wśród nich pustkowe Doskonałe Popołudnie i Wszystko Jest Nieczytelne się znalazły i stały moją własnością. Przesłuchałem ze dwa razy, nawet się podobało, ale wiedziałem, że nie oszaleję na ich punkcie.
Spotkanie pierwsze: robiliśmy klipa do naszego pierwszego singla w SP. Montował go nam Jędrek, w tej chwili basista i wokalista zespołu Organizm. Zapytaliśmy go o jakieś doświadczenie. Czy coś już robił dla jakiejś kapeli. On płytkę wyjął i dał nam Patyczaka, klip z pierwszej CD Pustek. Super, fajnie. Muza nie dla nas, ale klip nieźle schorowany. Podobało się.
Spotkanie drugie: Dni otwarte Polskiego Radia. Wrzesień 2005. Na placu przed radiem scena i my i jeszcze CinqG i jeszcze Pustki. Na koncercie Pustek garstka ludzi przed sceną. Jak to w mordę? Puszcza ich Trójka i tylko tyle ludzi? Posłuchałem i obejrzałem dwa numery. Fakt, nie dla mnie.
Spotkanie trzecie: Sześć miesięcy później. Znowu na jednej scenie z Pustkami. I to bezpośrednio po sobie graliśmy. Rozdanie nagród radia BIS. Ciekawy wieczór, bo na żywo zagrały kapele, które pokazały się na składance Tribute to Partia. Szybka reinstalka, raz raz z tymi gratami ze sceny, bo już już trzeba kolejny zespół montować, już zapowiadać, on wedle planu musi zagrać, więc raz raz. Tylko minęliśmy się na tym skrawku przeznaczonym dla zespołów. Posłuchałem pół numeru, bo taksówka już czekała.
Spotkanie czwarte: ciemno, trasowy bus wraca z końca świata, kawałek przed północkiem, leci Trójka. Za oknem ziąb, jesień się powoli kończy. W busie cieplutko, światełka choinkowe się świecą, koledzy w Fight Night boksują, a ja słucham tej Trójki i spotkania z Pustkami. I słucham tych numerów, i zaczyna mnie trafiać, i zaczyna mi być z tym źle, że nowa płyta, że ja tego ni w ząb nie czaję, że ja tego nie rozumiem, tych ochów i achów, że ja jestem jakiś z dupy chyba, że ja niby mógłbym ich polubić, no bo szacun przecież jest, ale nie mam pretekstu, no bo jak ktoś nie ma nic do powiedzenia, to czemu ma o tym śpiewać, i mnie to wnerwia, że ogólny zachwyt, a ja nic… Jeszcze mówię, do kolegi Piły, że nie potrafię zrozumieć tego fenomenu, że znowu Trójka pompuje, pompuje, pompuje to koło, a ono do mnie nie dopływa. Przy jakimś numerze, chyba z ich nowej płyty zasypiam na amen. Potem się budzę, włączam mp3 i staram się przebrnąć przez nasze kiepskiej jakości nagrania z prób. Może jakaś ciekawa melodia wpadnie do głowy.
Spotkanie czwarte: …i wpada Zmywak i mówi, że to dla mnie jest granie. Mocno zakaszlałem, dając do zrozumienia, żeby poszukał innego obiektu do nagabywania, bo ja już schodzę na dźwięk słowa Pustki.
I tu powinien pojawić się jakiś mega oryginalny, straszliwie śmieszny lub bardzo klimatyczny opis pokazujący jak przekraczam samego siebie, jak po raz setny daję, nie wiem czemu, szansę komuś, kto miał już czas, aby mnie zauroczyć, miał okazje, miał wszystkie możliwe na świecie najmożliwsze możliwości, mógł mnie podejść zewsząd, wyskoczyć zza rogu, naskoczyć przed telewizorem, wyleźć z gazety… Mógłbym opisać jak zgrywam do mojego plejera ten Koniec Kryzysu (potem kupiony w nowosądeckim empiku, a jakże!), jak się zachwytuje, jak spijam te dźwięki, czy co to tam można z nimi robić jeszcze, jak pod nosem śpiewam jadąc samochodem, jak nucę zasypiając, jak mnie moja żona błaga, abym się zamknął i już nie śpiewał, bo ona ma dość, bo jak ja się upierdolę na jakąś piosenkę to kaplica, przed upływem tygodnia nie skończę jej nucić wszędzie i zawsze. Ale nie opiszę tego wszystkiego, bo już nie pamiętam jak to się stało. Najzwyczajniej w świecie nie pamiętam pierwszego razu, w którym przesłuchałem całą płytę, a potem jeszcze raz, a potem raz jeszcze i jeszcze raz i ponownie.   
Ja już mam moją polską płytę numer jeden mijającego właśnie mnie roku 2008. Na tej płycie śpiewa w 97% Pani Basia. Na tej płycie czasem śpiewa jak Pani Jadzia z Kabaretu Mumio w skeczu Muszę ;-), czasem jak Nosowska, ale zawsze jak Basia. W czym upatrywać mojego nagłego uwielbienia dla tego zespołu? Zabij, a nie wiem. Zabij, potraktuj mnie jak Williama Wallace’a, jak nas potraktowały kruki, wrony, ja normalnie nie powiem jak to się stało…
Mnie w tej płycie odpowiada wszystko. To jest tak równa płyta, że aż brakuje mi w tej chwili błyskotliwego porównania (w sumie nic dziwnego, jest już 02:03). Wybrane na singla Parzydełko jest wyborem oczywistym, mamy tu ładną, zapamiętywalną melodię, prosty tekst i naszą słowiańską przebojowość. Ale paszoł z Parzydełkiem. Dobre nie znaczy najlepsze. Za łeb mnie biorą już pierwsze wersy i pierwsze nuty tego przekleństwa Końcem Kryzysu zwanego. Spokojna gitarka, spokojny głos Pani Basi i (napiszę to, choć nadużywam tego przymiotnika na co dzień) przejmujący tekst. O pogodzeniu się z rozstaniem, o początku czegoś nowego. Kurwa…weź tu pisz o tekstach, gdy w parze z nimi idzie taki budujący się z sekundy na sekundę aranż, że zastanawiam się co tam kurwa gra, co gra co i co to gra i po co… I nie ma tam ani odkopywania Pompei, ani odkrywania nowych światów. Jest rzetelne podejście do tego co w głowach Pani i Panom siedziało. Ja czuję nudę, ja czuję ten cholerny korek, ja czuję ten brak radia, o których śpiewają Pustki. Mnie też wkurwiają gołębie, ja też mam lepsze i gorsze dni, mnie też, prowadząc życie normalnego męża, czasem męczą i wkurwiają te małżeńskie wojenki, mam wrażenie, że też wariuję jesiennie, też się nudzę.
W tekście o szwedzkich kapelach pisałem o moich ulubionych momentach w muzyce. O tym, kiedy tekst i melodia nie mogłyby istnieć w innej konfiguracji, bo wyśpiewany i zagrana pasują do siebie jak ulał (sorry, to już taka późna godzina). W przypadku Pustek nie ma ani jednego naciąganego momentu. Totalnie jest to dla mnie zadziwiające. To się samo śpiewa.  To samo wchodzi w głowę.  Ja celowo nie piszę dużo o samej muzyce, o instrumentalistach. Celowo, bo godzina późna. Nie ma do tego głowy. Ale tam jest wszystko co najlepsze mógłbym sobie wymarzyć szukając jakiejś fajnej kapeli zagranicznej. Troska o każde brzmienie, o każdy instrument, o dynamikę.  Wielowymiarowe podejście do utworu, do aranżu, do sposobu artykulacji.
Dobra…zasłodziłem i przeżywam jak rak dupcenie (kurwa, która to godzina???). Musiałem się podzielić swoim zachwytem, sorry. No bo tak się zastanowiłem, ile takich wpychanych przez innych płyt, odepchnąłem na zawsze i bezpowrotnie?              
A na koniec naszła mnie refleksja, że gdyby zespół, którego jestem skromnym członkiem, śpiewał takie teksty, to byłby zabity z miejsca w pierwszej turze porannych medialnych egzekucji. Ale to akurat pominę. Czy przypadkiem w ten sposób nie odpowiedziałem sobie na pytanie czy byłbym fanem hs gdybym w nim nie grał?;-)
Pozdro i hepi niu jer!

ps. thx Zmywak, pozdro MKL i Maki;-)
Skarlando, 28 grudnia 2008