Patologia światopoglądu part 1
dodano: 13.08.2008

Eeee…wakacje. Odpoczywamy. Takiego lata dawno nie było. Pełno słońca, pełno zielonego, pełno w szpitalach, bo starsi takich temperatur nie są w stanie znieść bezproblemowo, pełno na ulicach, bo choć powyjeżdżali z tej stolycy, to roboty drogowe teraz się zabrały za robotę i blokują, tarasują i przeszkadzają, żeby kiedyś było lepiej. Człowiek wolniej myśli w takie upały.

Sobie wymyśliłem więc krótkie formy. Żeby się na jakiś temat niepotrzebnie nie rozpisywać, albo nie przemęczać. Są tematy o których można więcej, są też takie o których się nie da, a siedzą w głowie i mędzą. No to właśnie dla takich myśli jest to miejsce. W końcu sezon ogórkowy.

Alternatywy 4
Warszawka to lans. U nas na osiedlu taka moda, że co drugi blok (kiedyś pewnie każdy na to wpadnie) ma swój kontener (lub 2,3,4) na śmieci. I co? I teraz wali gumą, zepsutym mięchem, jakimiś skwaśniałymi niedzielnymi kompotami, kartoflem nadpsutym, nadgniłą włoszczyzną na całym osiedlu. Żeby to jeszcze jakoś wyglądało… Ale nie. Kontenery są puste dwa razy w tygodniu, przez godzinę od odjazdu śmieciary. Potem armagedon. Jakby te wszystkie stare baby czekały na pusty kosz. I jakby natychmiast chciało im się przemeblowanie robić i remonty. No bo kilka chwil później jakieś wersalki, rozprute materace, połamane fotele, wypierzone poduszki lądują nie w kontenerze, tylko w jego okolicy. I lezie jakiś goguś w przykrótkiej krawatce. Idzie z Janem Niezbędnym za ucho i siup! Nie do kontenera, bo trzeba by go otworzyć, a przecież łapka myta, ale obok, na zieloną trawkę sru! I już widzę psa i kota od sąsiadki. Mięcho wyczuły. Już będzie po całym osiedlu ten kawałek starego mięsa wleczony. I już te muchy będą się z tymi psami i kotami biły o to mięcho. I już mi niedobrze…i już kupiłbym karabin. Kiedyś było inaczej, kiedyś było lepiej (za poetą Świetlickim). Trzy kontenery między blokami stały sobie na parkingu z dala od okien. I smrodu nie było i nieporozumień, że to jest kontener „TYLKO DLA BLOKU NR 16!!!!!„. I te śmieciary częściej przyjeżdżały przez to. Że już nie wspomnę o czasach, kiedy na moim skarżyskim osiedlu Milica stał jeden murowany śmietnik i dało się żyć. Rodacy spod „szesnastki”: nie idźcie tą drogą!

American ninja 3 – back to the shaolin temple
Ojcostwo to jest rzecz trudna. Zanim o tym się przekonam na własnej skórze mam okazje obserwować mniej lub bardziej udane próby bycia ojcem. Na przykład na moim kochanym osiedlu. Gnojków z szerokimi spodniami, co to już można do nich mówić proszę pana z racji posiadania dziecka jest tutaj sporo. Wpadeczka za wpadeczką. I co? Ja nie mogę o nich powiedzieć zły ojciec, bo za nimi nie ganiam cały czas, ale mocno zastanawiające są ich zachowania ostatnio. Wracam tymi siatami obładowany z pilnych zakupów i słyszę, że ktoś czymś drzewo obija. Na dzięcioła za rzadko i za mocno, na drwala za cieniutko, na korniki za głośno. Wychodzę zza krzaków i mało w łeb nie dostaję metalową gwiazdką, co to w filmach stanowią o wyższości wojowników ninja nad innymi wojownikami. Jest źle. Młodociany, jeszcze z pierwszym wąsem, rzuca tą gwiazdką w drzewo i strasznie chce ją w bić, a ona strasznie się nie chce wbić. Pochodzi do niej, podnosi i od nowa zieleninę obija. A junior, że tak powiem, stoi obok ojca i patrzy jak jego autorytet życiowy z gwiazdką ninja się zabawia. Nie będę lamentował „Bożesz Ty mój…co z tego wyrośnie???!!!”, ale przypomina mi się filmiki akcji społecznej, który często leci na MTV2, gdzie rodzice wychowują swoje pociechy w obecności papierosów, tym samym dając im świadomość istnienia używki, z którą można się zaprzyjaźnić. W następnym ujęciu młoda dama stoi przed lustrem z flamastrem w ustach w pozie bardzo podobnej do mamusinej. Drodzy Ninja, a może by tak w skrabelki z synem?

W kinie w Londynie
Dopadło mnie. Dwa dni doła. I to takiego, że żona zagroziła wyrzuceniem z domu. Bo mnie dołuje niesprawiedliwość i takież urządzenie świata. W szczególności tego kraju z wierzbą płaczącą wpisaną w krajobraz. Wiele rzeczy nie jest w stanie mnie wyprowadzić z równowagi bom osobnik cierpliwy i spokojny. Na przykład z wiekiem rośnie w człowieku ta świadomość nazwijmy to polityczna. I owa polityka mnie męczy i wyprowadza z równowagi. Ale nie tak, żeby na dwa dni. Na dwa dni to mnie może tylko temat muzyczny wyprowadzić. I wkurzyłem się niebotycznie (o ile można tak się wkurzyć), bo po raz kolejny, gwiazda niewielkiego jak na światowe standardy formatu, omija łukiem szerokim nasz kraj. Ja tu pisałem niedawno na temat pana Jay Jay Johansona kończąc ten tekst peesem, że załamany jestem bo kolega Johanson grał w Moskwie ostatni koncert swojej trasy w roku zeszłym. No i co? Długo trzeba było czekać na poprawiny? No nie. Wchodzę na tego majspejsa jego i widzę trasę: Hiszpania, Niemcy, Portugalia. Rosja i Francja. Polski nie ma, choć pomiędzy koncertem w Berlinie i Portugali dwa tygodnie wolnego i teoretycznie czasem kolega Jay Jay wtedy dysponuje. W czarną rozpacz się rzucam i piszę do znajomego prowadzącego dużą agencję koncertową z pytaniem w czarnej rozpaczy zadanym: Jak to się dzieje, że on tam gra, a u nas nie gra? Odpowiedź jest poniżej pasa i ciężko mi ją zaakceptować. Nie będę jej dokładnie cytował, ale sens ogólny jest taki: jest źle, kluby wolą wrzucić na weekend dj’a za 200 zł i zarobić na browarze, niż sprowadzić kapelę zagraniczną za 200 ojro dajmy na to. No to nie pociesza. Ale przecież może być gorzej. Wchodzę na jutuba na obchód po koncertowych video zespołu I Am Kloot. No i co...moje ulubione utwory usłyszeć można w doskonałej jakości nagrane podczas koncertu w jakimś moskiewskim klubie. Ja już nie mam złudzeń. Dopóki nie będę wyjeżdżał za granicę posłuchać interesujących mnie zespołów, dopóty większości interesujących mnie rzeczy nie zobaczę i nie usłyszę. A nie jest łatwo znaleźć chwilę na wyjazd, gdy swoje koncerty się gra w zasadzie cały rok. Na pocieszenie Sigur Ros niedługo.
 
wawatown, 13.08.2008