Czeski sen czyli gdzie Lech, a gdzie Czech
dodano: 04.06.2008

My, naród który wydał na świat Niemena, Grechutę, któremu Klenczon pięknie śpiewał. My, którzy przed Młynarskim, przed Osiecką w każdej chwili, we dnie i nocy jesteśmy gotowi na kolana paść. My, co to uważamy, że Chopin i długo długo nic. My, moi drodzy...My jesteśmy tak kurwa daleko za Pepikami, że aż się boję cokolwiek na ten temat pisać.
 
Owszem, historię i kulturę muzyczną to my ładną i wartościową mamy, ale robimy z nią dokładnie to samo co z każdą inną naszą kulturą (słowa czy obrazu) czyli rozpuszczamy ją w piździec, rozmieniamy na drobne, byleby zainwestowany grosz się zwrócił. I mniejsza o to, że to wszystko za sprawą mediów, bo teraz pan z kamerą z lokalnej TV to szycha na miarę proboszcza, mniejsza o to. Boli mnie nasze zacofanie. Bolą mnie Gwiazdy na Lodzie, boli Taniec z Gwiazdami, boli Cyrk, bo artysta kurwa ma być znany z jego powiązań ze sztuką, a nie na zasadzie "Pani mnie zna bo telewizor ma". Rzygam, normalnie rzygam.
 
Tymczasem w państwie cztery razy mniej zaludnionym i tyleż mniejszym dzieją się rzeczy dla mnie niewyobrażalne. Swego czasu, kilka lat temu, kolega Nowakowski - totalny fijoł na punkcie kultury czeskiej - zarzucał mnie muzyką naszych sąsiadów i po przełamaniu podstawowej bariery jaką jest kosmicznie śmieszne brzmienia ich języka, okazało się, że jestem w stanie tego słuchać, co więcej, maksymalnie polubić, a nawet pojechać te 600 km w obie strony na koncert. Ale wróćmy na moment do Polszy. Muzyka rozrywkowa - bo o niej tu też mowa będzie - to w Polsce dwa obiegi. Tak zwany "mainstream" czyli ci artyści, o których kiedyś powiedzianoby "reżimowi", a teraz telewizyjni oraz tak zwany "underground" czyli wszystko to, co siedzi w podziemiu i w TV się nie pokazuje. No i wyobrazić sobie trzeba (a niektórzy niestety tą prawdę już znają), że taki artysta z telewizji, choć spokojnie do warzywniaka nie wyjdzie, żeby nie dać kilkunastu autografów, to na jego występ w klubie muzycznym wstanie z fotela sprzed telewizora niewielu jego fanów, a taki artycha niemedialny zgromadzić może i cały klub. U nas telewizja psuje, bo służy najniższym celom, najtańszej rozrywce. Zaprasza, przeżera, pomemli i wypluje, a takiego wyplutego, wymiętego to nikt nie chce. Bo nieświeży, bo się znudził, bo go za dużo było wszędzie.
 
Więc proszę sobie wyobrazić moje zdziwienie, kiedy wspomniany kolega Nowakowski przyniósł mi dvd z koncertu nieznanego mi Daniela Landy, tam artysty „mainstreamowego”, i na rockowym koncercie, gdzie i perkusista na dwie stopy rżnie, i riffy ostre, i kwartet smyczkowy i dęciaki, i na tym koncercie kilkanaście tysięcy luda drze ryja, świetnie się bawi i cała hala sportowa zapełniona po brzegi, a żeby było już na maksa kosmicznie to wokalista śpiewa po czesku. No mamo! To oni tak mogą? Maja jakiegoś swojego artystę, który hale sportowe zapełnia? I nie jest to Vondraćkowa czy Karel Gott, których i u nas wszyscy znają? Kosmos.
 

 
No bo w Polsce taka muza to co? Jak się ma? Srak. Kulcik ino jest w stanie dwie Stodoły dzień po dniu zagrać i nie ma niestety innego odważnego. A to jakieś w ścisku 4 tysie by było. A tam, taki pan jak Jaromir Nohavica czyli tutejszy powiedzmy śpiewak pokroju Andrzeja Sikorowskiego, czy Geppert Edyty, on sobie strzela dwa koncerciki dzień po dniu, po kilka tysięcy ludzi i jest w stanie zahipnotyzować ich przez dwie godziny będąc na scenie tylko z gitarą, ewentualnie z heligonką. No mamo! Ktoś sobie wyobraża na koncercie Pod Budą tyle ludu? Inna kultura.  
 
Więc zapoznany z tematem jadę na Landę do Ostrawy. Tym ciekawiej się ten koncert zapowiadał, że jako support miał wystąpić, uwaga, nasz Kult. Landa ma w Czechach szacun, który u nas posiada tylko Kazik. Inteligent, muzyk, znawca historii, rajdowiec, sportowiec, autor musicali - generalnie człowiek renesansu. Kiedyś kojarzony ze środowiskiem skinheadowskim, dziś przykładny ojciec, który jednak o swojej narodowości, korzeniach i historii swojego państwa nie zapomniał i o tym wszystkim śpiewa w formie łagodniejszej niż za czasów swojej młodości. To tak w skrócie po łebkach. Więc jadę. I przekonany o wyjątkowości koncertu jestem bardzo. Bo Landa nie gra za często. Kiedyś i owszem, ale teraz z rzadka. Poprzednia trasa Boure (nie wiem czy dwa koncerty to trasa) miała miejsce 3 lata temu. I od tamtej pory cicho sza. Wlazłem na olbrzymią czeską Ćez Arenę i głowa w dół. Wstyd, że u nas takich lokali jak na lekarstwo, bo Torwar czy Spodek to jak leciutka płukanka przy profesjonalnej zabawie markową farbą. Akustyka jak się później okazało miodna, hala logistycznie pomyślana doskonale pod każdym względem. A ludzie?. Pełen przekrój. Od dzieciaków z rodzicami przez starych rockmanów i leciwe babcie z lornetkami (no jak w teatrze, jak w teatrze, a to koncert rockowy!!!) po niepełnosprawnych na wózkach.
 
O samej organizacji imprez masowych w Czechach też się od kolegi Nowakowskiego nasłuchałem. A że jak na festiwal kupujesz bilet z polem namiotowym, to ten namiot tam na ciebie czeka, a nie ze swoim przyjeżdżasz. A to, że namioty z Internetem darmowym są, co by kontakt jakiś był z cywilizacją. A to punktualność w rozkładzie koncertów. A to, że jak sobie przed sceną zawczasu kocykiem miejsce zajmiesz, to potem, jak już 3 tysia ludzi się zejdzie pod scenę, to tego kocyka nikt ci nie ruszy…itd, itd. U nas połowa namiotów byłaby zniszczona, a druga rozjechałaby się po kraju. O kocyku zapomnij. Skopany przemieściłby się pewnie na obrzeża miasta.
 

 
Na koncercie Landy w Ostrawie było około 12 tysięcy luda. Nie jestem w stanie sobie wyobrazić, jakiej nadprzyrodzonej siły trzeba by użyć w Polszy, aby ludźmi, bez korków i kolejek, zapełnić halę i parokrotnie razy szybciej ją opróżnić. Przecież ja tam byłem i patrzyłem jak te kilkanaście tysięcy ludzi opuściło halę w 15 minut. Cud!. A pogoda była grymaśna. Kurtki mieli i parasole. Po tym kwadransie, w którym uciąłem sobie ze znajomymi pogawędkę, okazało się, że nie wiadomo kiedy zostaliśmy sami na hali, a uprzejmy ochroniarz poprosił nas o wyjście. Grzecznie! Bez wyrazu „czego tu kurwa jeszcze stoisz” na twarzy.
 
Sama muzyka? Landa muzycznie to taki trochę Kult, trochę KNŻ, czasem, choć z rzadka, T.Lovem pojedzie – jeśli chcemy szukac porównań u nas w kraju. Utwory melodyjne, z wykopem, bogato zaaranżowane, z przesłaniem – jeśli o lirykę chodzi. A wizualnie? No właśnie. Tutaj ta nasza bieda kulturalna wychodzi na wierzch i pływa jak oliwa. Bo nam, to co Landa robi na scenie, może kojarzyć się tylko i wyłącznie z show zespołu Ich Troje. Ognie, telebimy, choreografia, mocna kreacja własnej osoby, itp. U nas nie ma kogoś jak Kazik, który robi show jak Wiśniewski. Bo u nas jak jesteś showman to nie jesteś swojak, a nieswojak przyjmuje się ciężko. Showman przyjmuje się natomiast szybko, ale i równie szybko jego 5 minut mija. W przypadku Landy jest odwrotnie. Kult Landy wzrasta wraz z coraz bogatszą oprawą jego koncertów. I nikomu nie przeszkadza, że ogień bucha, że jakieś laski tańczą w tle, że telebimy ogromne. Jeden wielki szacun. Czy na jakiś koncert w Polsce przyjdzie kilkanaście tysięcy ludzi i zapłaci po np. 80 zł za bilet? No ni ma bata.
 
Ja tak trochę tej goryczy wylewam, ale siedzi mi gdzieś to pod czachą. Bo z nas, narodu uciemiężonego, walczącego z dziada pradziada za naszą i waszą wolność, do bólu wierzącego w swoją wyjątkowość, z nas jakoś ten los drwi, a wszyscy się jeszcze śmieją. A niestety im człowiek starszy, tym dobitniej dociera do niego, że tak naprawdę do zaścianka Europy to nam jeszcze bardzo daleko. Na zaścianek to sobie trzeba zasłużyć.
 
Omija nas wiele. Ja patrzę na ogródek, który sam uprawiam, czyli na imprezy koncertowe. Każdy artycha zza oceanu odwiedzi Pragę, czy np. Ostrawę. Ale większość zleje Warszawkę, bo przecież tam się ani płyty nie sprzedają, ani ludzie na koncerty nie chodzą. Omijać z daleka. A u Czechów inna kulturka.
 
 
Żeby nie było na maksa dołersko to trochę osłodzę. Czemu jak już jakiś artycha zagramaniczny przełamie się i pojawi na koncercie w kraju naszym, to zwraca uwagę na żywiołowość polskiej publiczności? No bo taki przeciętny Czech nie robi nic, co mogłoby przyspieszyć tętno gwieździe z zagranicy. Oni tam nie przepychają się, nie tłoczą (są specjalne bilety, które uprawniają do stania w sektorze „u podia” czyli tuż przed sceną), nie noszą na rękach, nie pogują do upadłego. No bo ciężko to wszystko robić mając piwko w ręku. Czesi na koncercie są jak drewno. Tylko łapkami uniesionymi do góry, jak gałęziami, machają z lewej strony na prawą i czasem pod nosem cos zaśpiewają.
 
Jak wypadł nasz Kult?. Poprawnie. Przede wszystkim lekkie problemy z nagłośnieniem, których nie miała kapela poprzedzająca. To był pierwszy koncert w Czechach, może dlatego. Kolejne były już podobno o niebo lepsze, choć czeska publika przyzwyczajona do wielkich show, zszokowana była statycznością najlepszego polskiego zespołu – jak zapowiedział Kult Landa.
 
Eh…nieskładny ten tekst jakiś i chaotyczny. Trudno. Następny może będzie lepszy. Nie mogę zebrać sensownie myśli, bo wciąż w głowie mam, żeśmy są naród niesprawiedliwie biedny i pokrzywdzony.
 
I dupa!
 
Fotos by Rafał Nowakowski
Więcej fotosów z trasy Landa-Kult na www.nowakowski.art.pl
 
Relacja ze wspólnej trasy: http://www.youtube.com/watch?v=ujf2GXQp2WU
 
 Wawatown, 04.06.2008