Zanim emo miało grzywkę
dodano: 17.03.2008

Za starych, licealnych czasów, kiedy to świat nie był aż taką globalna wiochą, po muzykę na dowolnym nośniku jeździło się do miast ościennych, większych, bardziej rozwiniętych. No bo u nas to była tylko buda na Manhattanie, a wcześniej naszywki i kasety u Hiszpana przy Domu Kultury (o ile kulturą wystawy kwiatów nazwiemy, bo jeśli nie nazwiemy to z Domu Kultury pozostanie tylko Ogród Botaniczny co najwyżej).
 
W budzie i u Hiszpana przede wszystkim mainstream: popowy, rockowy i metalowy. Do tej pory pamiętam wypieki na twarzy z jakimi biegło się na bazarek, bo nowy Bad Religion przyszedł, bo nowy Manowar. A wszystko wydane przez Takt albo GM, czyli full pirat, bez całej okładki, wkładki i z dyskusyjną jakością nagrania. Pamiętam pierwsze zakupy w budzie, pierwsze kroki w świecie heavy metalu, kiedy to o kupnie kasety decydowała atrakcyjność grafiki na przedzie. Ba! Pamiętam nawet, że pierwszy konkurs na zajebistą okładkę wygrał Testament i ich płyta Souls of Black. No dobra dobra...ale o wyjazdach na zakupy miało być. A szczególnie o jednym wyjeździe i jednym zakupie, który zmienił w ogóle moje myślenie o muzyce.
 
Warszawa. Jakiś marzec to to był czy coś. Tuż przed maturą chyba. Siostra sesję miała i na Kickiego do akademika zaprosiła. Zasrana Praga ładnie się przedstawiła. Mnie jako leszcza ze wsi od razu rozpoznano i z kasy na dzień dobry oczyszczono. Dosłownie na dzień dobry bo godziny poranne były, a na rogu tuż przed bramą czterech jeźdźców apokalipsy czaiło się na długowłosych z nieśmiałym zarostem. Dwie dyszki zdążyli shaltować, a że siostra narobiła hałasu, to wysportowana żulerka zniknęła jak gówno w trawie i trzy sekundy później pozostał po nich tylko zapach wody brzozowej. No dobra dobra...ale o wyjazdach na zakupy miało być.
 
No i słońce świeciło, i było chłodno. Pierwszy raz jechałem tramwajem. Wow, ale rzuca. O. Pałac, O! Rotunda, O! Domy Towarowe, O! Kino Relaks! O! Sklep Muzyczny. Dża??? Co to kurwa za nazwa dla sklepu muzycznego? No nic...wchodzimy.
 
Od góry do dołu, od przodu do tyłu i po wszystkich przekątnych równiutko na półkach, poukładana w kasety leżała sobie muzyka. Zemdlałbym, gdybym wcześniej do budy na naszym bazarze nie zaglądał i gdybym Hiszpana olewał. Zemdlałbym, bo ten moment skoku ciśnienia gdy widzi się stertę muzyki jest dość niebezpieczny. A to co ja tam widziałem o bicie serca przyprawiało po trzykroć. Cholera, tam było wszystko czego nie można było dostać w województwie kieleckim i radomskim nawet po miesięcznych poszukiwaniach. Hole, Nomeansno, Spermbirds, Ahimsa multum podziemia, punka, folk punka, milion rzeczy które znało się tylko z nazwy, tylko ze słyszenia. A teraz wszystko w zasięgu ręki. No! Nie tak od razu. Toż ja skrojon byłem z rana więc budżet zmarniał, stopniał, ni ma więcej niż na jedna kasetę. No może dwie. No więc tracę oczy wypatrując czegoś wartego tych moich ostatnich pieniędzy i te kolorowe okładki skanuje z prędkością kosmiczną. I się nagle zatrzymuje przy tych niby małych chłopkach z klocków lego, co to na okładce spaliły tosta. Oj matko i córko, toż to coś według pana Kszczotka z Tylko Rocka przyrównane zostało do Nirvany, a przecież Nirvana wtedy to szacun u licealisty we flaneli. Toż ja patrzę na tą kasetę i faktycznie, stoi jak wół: Sunny Day Real Estate – Diary. Serce zaczyna się o klatkę obijać. Oj...zemdlałbym. Ale spokojnie. Okładka, nazwa i dobra recka w Teraz Rocku to nie wszystko. Niech pan sprzedawca puści kawałek. Puszcza:

Sew it on
Face the fool
December's tragic drive
When time is poetry
And stolen the world outside
The waiting could crush my heart

Spoko, spoko. Gitary miażdżą, perka napirza, wokal roznosi, ale spoko, spoko...Pan jeszcze da chwilkę do namysłu.
 
Sew it on
Face the fool
The tide breaks a wave of fear
And brave songs disappear
To the secret voice of dawn
This last time raise my eyes
 
Dobra. Dajcie refren.

You'll taste it, You'll taste it,
In time
You'll taste it, You'll taste it,
In time
The right words, in time
The right words, in time
 
O kurwa. Tu już nie było przeproś. Spotkanie z absolutem zaowocowało takim wiejskim rumieńcem na gębie, że aż się chciałem schować za cokolwiek, aby nie padło pytania o stan mojego zdrowia i samopoczucie. Nie daj po sobie poznać Łukasz, nie daj. Twardy jesteś, niewrażliwy na sztukę, pamiętaj. Graj na zwłokę. Trzymaj kontakt z rzeczywistością.
 -         A może Pan przewinąć dalej?
 Matko Boska...ile razy w życiu wypowiedziałem to zdanie? Ni cholery nie wiem. Zazwyczaj tuż przed wyjściem z budy rzucało się takie hasło, aby po chwili usprawiedliwić wyjście z niej bez niczego. Przesłuchał, nie podobało się, to nie kupił i wyszedł. Proste.
 
A Pan ze sklepu Dża spokojnie przewinął do drugiego utworu. Na moje nieszczęście. Bo ja jak usłyszałem:
 
Meet me there
In the blue
Where words are not
Feeling remains
Sincerity
Trust me
Throw myself into your door

to niemal na ziemię padłem by dziękować Bogu jakiemukolwiek za takie muzyczne objawienie. Ale dalej było lepiej czyli gorzej, bo dalej Enigk wyje:
 
I go,
In circles
Running down,
In circles
I'm running down

a tu już się trudno pozbierać. Tu już serce na ziemi.
Kupiłem.

To pierwsza kaseta jaką zdarłem. Tak, że magnetofon nie chciał jej już odtwarzać i wciągał ja do środka jakby błagał, że „nie...kurwa, nie....tylko nie to samo znowu, nie ten dół”. Ale ja bezlitosny byłem. Dla siebie i niego. Bo jak wciągał to z piąchy dostawał, a ja wesoły po tej płycie być nie mogłem. Dołowała na maxa.
 
Zakochałem się w Sunny Day Real Estate na lata. Do tej pory w zasadzie ta miłość trwa. I pamiętam, że gdy już jako dorosły facet, jakieś dwa lata temu, odbierałem osobiście zakupioną na allegro świeżutką, zafoliowaną CD Diary, to omdlenie było bardzo bliskie. Kosmiczne emocje. A co ciekawe: odbierałem ją w Warszawie, nie tak znowu daleko od nieistniejącego już niestety sklepu Dża.

wawatown, 17.03.2008