Człowiek się powoli starzeje. No powoli. I choć duchem jeszcze szczeniak, to jednak szczeniackie myślenie już nie w głowie. Teraz niby poważniej się myśli. I tak sobie właśnie myślę, tak się zastanawiam, gdzie ja bym był, co bym teraz robił, gdyby tego piekielnie upalnego dnia, dwadzieścia lat temu, babcia sama wybrała się w podróż do Kielc. Oj nie chwyciłby wnusio za gitarę, nie chwycił.
Skarżysko to miasto, w którym po wojnie, bloki na osiedlu Milica podobno budowano tak, by patrząc na nie z lotu ptaka układały się w napis Stalin. Tam się wychowywaliśmy. Z Jackami, Rafałami, Tomkami, Piotrkami i całą resztą łażącą po drzewach, rozbijająca świetlówki na śmietniku, gapiącą się łapczywie przez szybę Pewexu na największe zestawy klocków Lego. Z całą resztą, która kradzioną farbą malowała boisko do gry w kwadraty, rzucała kamieniami w koty, wkładała gałęzie w szprychy rozpędzonych rowerów czy ganiała za młodziakami strasząc garścią saletry. W większości tych zabaw brałem udział. Ale tylko w przerwach między czytaniem kolejnych Kajko i Kokoszów, kolejnych Tajfunów w Świecie Młodych, kolejnych Kleksów czy Binnio Billi.
No i pamiętam to lato, koszulkę z Huckleberrym, krótkie spodenki i sandały. Pamiętam wyprawę do Kielc. Bo choć to 40 km tylko, to dla 7 letniego szczyla to wyprawa była. Chyba PKSem, no bo niby czym? Busów nie było, a PKP nie w tej dzielnicy. Samej podróży nie pomnę, ale już wyjście z tunelu podziemnego na „sienkiewkę” i owszem. I ten skwar pamiętam, i to, że psy nawet nie szczekały, bo gorąco. I że budki z lodami zaczynały się ogonkami, których koniec przewidziany był chyba na przyszłą zimę. I polewaczki pamiętam. I że jak się tupnęło przed gołębiem to nie uciekał. Gorąco było. Latać się nie chciało.
I tym spływającym żarem kieleckim deptakiem deptałem sobie z mamą mamy i piłem oranżadę, marząc o komiksie „Rycerze Fair Play”, na który babcia nie dała się naciągnąć.
Od czasów chyba Mieszka I na „sienkiewce” sklep muzyczny prowadzili. Jedyny w województwie bodaj. Chodziły słuchy, że w Radomiu był jeszcze jakiś wtedy, ale przecież do Radomia nikt nie jeździł. W Radomiu jak na Śląsku było. Szaro i przygnębiająco. I w zęby łatwiej dostać. Więc stolica województwa zostawała jako jedno z bardziej cywilizowanych, ciut bardziej przyjaznych dla przyjezdnych, miast. Tu się na zakupy przyjeżdżało. A ja nie wiem czy z babcią na zakupy przyjechałem czy po co... Nieważne. Ważne, że jakimś szczeniackim odruchem wnuczka, co to wszystko chce kupić za babciną emeryturę wciągnąłem ją do tego muzycznego. Bo tu właśnie gitary stały, bo tu perkusja Polmuza, bo tu marakasy, kastaniety, flet poprzeczny i prosty. Tu trójkąt, pałki i przeszkadzajki. Nuty, płyty, książki. Wszystko co nie powinno interesować leszcza od komiksów i rzucania kamieniami w koty. Dodatkowo tu pachniało drewnem i było chłodniej, przyjemniej i ciemniej.
Wychowany na płytach i kasetach przywożonych przez ojca z delegacji w Warszawie (Lady Pank przede wszystkim, ale także Kaczki z Nowej Paczki, Czerwone Gitary, Azyl P.) ciągnęło mnie do instrumentów. Szczególnie tych robiących dużo hałasu. I stojąc przed tym rzędem marnych, polskich, najbardziej drewnianych z drewnianych gitar, powiedziałem bezczelnie bez ogródek: Babciu, kup mi gitarę. I ja pamiętam: od babci wyciągało się na wszystko – na karabin Rambo, na komiksy, na książkę o Mistrzostwach w Meksyku 1986 roku, ale w spełnienie kaprysu brzdąca w sandałach nie wierzyłem. Za cholerę.
Się wziąłem pomyliłem. A myliłem się rzadko, bo rzadko przecież babcia wobec wnuczka zamienia się w twarda babkę. Zanim zdążyłem dodać „proszę”, już wychodziliśmy z tej ostoi spokoju i chłodu z gitarą Defil w czarnym, nowiuśkim pokrowcu. A przeszczęśliwy i rozradowany do końca nie mogłem uwierzyć w to, że mam taki dar przekonywania.
Trzymając w ręku gitarę zacząłem powoli zagłuszać w sobie chęć zostania bębniarzem. Do dziś w babcinej kuchni leżą gdzieś poukrywane, obite do granic przyzwoitości metalowe tace na ciasto i przykrywki, które horror przeżyły obijane przywiezionymi z delegacji przez tatę prawdziwymi pałkami perkusyjnymi. Co by nie mówić, takie wnuczkowe wiosło, to zdecydowanie przyjemniejszy dla reszty rodziny instrument.
A rodzice pogłaskali Łukaszka po głowie i powiedzieli, że skoro jest gitara, to trzeba się zacząć uczyć na niej grać. No masz...!!! Pamiętam nawet przesłuchania: „Odwróć się, ja uderzę w klawisz fortepianu, a ty wskażesz, w który klawisz uderzyłam” – zaproponowała pani dyrektor. Rachunek prawdopodobieństwa nie zawiódł. Nie było szans na trafienie dokładnie w ten sam dźwięk i wywaliłem z całej siły mniej więcej w septymkę w górę i w powietrzu zawisł zupełnie nieprzyjemny dwudźwięk. „Mhm...no to może teraz coś zaśpiewaj” – poprosiła komisja. Poleciał hymn Leśnych Skrzatów, mojej drużyny zuchowej. Jedyna stosowna pieśń w danej chwili. By chyba nie chcieli usłyszeć, że „nikt na świecie nie wie, że się kocham w Ewie”, albo ”ohyda, a jak się wyda”, albo „płoną góry, płoną lasy w przedwieczornej mgle”. Poszło...
...i przeszło. Przeszło 8 lat chodziłem do szkoły muzycznej, początkowo wyśmiewany przez tych wszystkich Rafałów, Jacków, Bartków i tą całą resztę z podwórka. Wyśmiewany przez „wrogów” z „wrogiego” osiedla, przez przechodniów na ulicy i każdego, kogo bawił do łez lekko ponad metrowy człowieczek z większą od siebie gitarą. Ale wytrzymałem. Dyplomu może nie ma, ale przecież nikt nie musi o tym wiedzieć;-) Wiedzy trochę pozostało.
A!...No i nikt nie odbierze tych wieczornych ognisk z gitarą, tych wieczorów pełnych chandry, gdy się niedogodności dojrzewania w dźwięki przelewało, tego grania z kumplami pod blokiem, już na innym osiedlu, w innej części miasta, w którym kiedyś bloki układały się w napis Stalin.
A po co ja się tak nieskładnie uwywnętrzniam? Po kiego ten striptease? Ano...niech to dla babci będzie swoiste „dziękuje bardzo”. Z resztą...ona już o tym wie. Przecież niedawno jej znowu za to dziękowałem.