So tell the girls that I am back in town
dodano: 06.01.2008

Z jednej strony Abba, A*teens, Europe, Roxette i Ace of Base, z drugiej In Flames, Cardigans, The Sounds, Tiamat, The Knife i kupa innych. Szwecja wydała na świat wiele podmiotów muzycznych. Nie wszystkie wartościowe i godne uwagi, ale ostatnimi czasy dwa z nich spędzają mi stanowczo sen z powiek. Nie mogę przestać ich słuchać. Co zrobić...ja po prostu na co dzień żyję tempem w jakim grają te albumy.

Spokój. Czasem wręcz nieludzki.

Podmiot 1: Jay Jay Johanson 

So tell the girls that I’am back in town
Dwa miesiące temu nie znałem kolesia. Nawet kompletnie nie kojarzyłem jego podobno największego „przeboju” On the Radio. Z resztą do tej pory kojarzy mi się nijak. Nieważne. Ważne, że lubię śpiewającego Cheta Bakera, Morrisey’a, Portishead albo The Knife bo to wszystko, upraszczając, miesza się w kotle opisanym jako Jay Jay Johanson. Rocznik 69. Chudy jak badyl, brzydki jak seler. Wokal – jakby to w Polszy pewnie powiedziano – pedalski. Dla niewybrednego ucha: „normalnie undergroundowy Modern Talking”. A chwyta i trzyma.

Już tak sobie nagrywa od kilkunastu lat (za wikipedie nie będę robił) i od zawsze jego podkłady charakteryzowały się elektronicznym, chłodnym brzmieniem, które naturalnie kojarzą się ze z tamtym rejonem Europy. Ale to nie wszystko. Dochodzą do tego inne instrumenty: fortepian, dęciaki, gitara, klarnet, smyczki. No i ciepły, melancholijny, smutny śpiew gościa, który już ze wszystkim się pogodził, ale jeszcze na wiele go stać.

I wanna know
If I can say I'm sorry
Stop crying
Baby please don't worry
When I listen to your story
I'll softly dry your tears

I nawet jak wyśpiewuje rzeczy w naszym rodzimym języku brzmiące niezwykle banalnie („Cause I'm older now, much older than I was, when I was young”) to jakoś mnie to wzrusza, jakoś przekonuje, dociera. Albo taki hicior jak So tell the girls that I’am back in town – toż to Tata Kazika. Nie trudno wyobrazić sobie Staszewskiego śpiewającego taki song, bo rzecz to podobna do drugiego “Taty...” niezwykle. Melodyjnie czy aranżacyjnie. No i nawet tekstowo, bo Jay Jay zazwyczaj o dziewczynach pisze. O rozstaniach i generalnie smutkach związanych z babami. A to odeszła na dobre, a to już tu nie mieszka, a to zniknęła i jej nie widuje, a to cały czas głupek o niej śni, a ona nic, a to ma jesień w sercu, gdy na zewnątrz wiosna, a to samotność go rozdziera i nikt nie cierpi tak jak on, bo ona odchodzi i zaraz wróci, ale to zaraz to i tak za długo dla niego... Standard.

Zacząłem słuchać od najnowszej płyty The Long Term Physical Effects Are Not Yet Known. Wbiło. No bo to mój klimat. Od pierwszego numeru. Zaczyna się portisheadowo, zaczyna się jak Udenied. Smutny, słodki klawisz i bach...triphopowy rytm perkusji i zrezygnowany Jay Jay śpiewa, że nie może normalnie funkcjonować, bo ona już tu nie mieszka i on nie ma już nikogo. Jak to w takich przypadkach bywa: upija się, szaleje, nie może spać, śpiewać. W sumie niewiele może. Może za to urzec nas swoim nastrojem. I uspokoić. Rozrzewnić. 

A w następnych numerach nie jest lepiej, w następnych numerach zapyta jej czy pamięta łódkę, którą zrobił z drzewa, czy pamięta wyspę na którą popłynęli i jak liczył fale i czekał na przypływ, który zmyć miał wszystkie ślady. 

„Dziś Sylwester, przeleciał właśnie kolejny rok, czy będziesz przy mnie” – pyta jej prawie na koniec płyty. Smutny koleś. A w ostatnich słowach na płycie nie pozostawia złudzeń – szczęśliwy to on nie jest:

Peculiar
You seem to know my secrets
Peculiar
You don't even know my name”

Gdy u Jay Jaya znika czasem elektronika może się pojawić bigbendowy rytm, tak jak w As good as it gets i nawet wtedy staje się on niezwykle ciekawy. Ba! Wciągający. Jak cała jego twórczość.

Zachęcić tubką? Prosz...: http://youtube.com/watch?v=awxnfagxdxQ

Ps. Co mnie boli? Ostatni koncert trasy Long Term Tour 2007 Jay Jay zagrał w Rosji. W Rosji!!! Matko Boska. Ruki opadają. Żyjemy w piwnicy Europy. 

 

Podmiot 2: Amandine
Ci z kolei dwoma płytami się popisali. Błądząc po stronie wytwórni Fat Cat w poszukiwaniu czegoś ciekawego idealnie pasującego na jesienny wieczór 2006, znalazłem Amandine i ich pierwsza płytę This is where our hearts collide. Akustyczne granie z rzadka wspomagane przez gdzieś w tle czasem pobrzękującą elektryczną gitarą, urzeka prostotą, melodią i smakiem.
 
Ważną rolę odgrywają oprócz gitar trzy instrumenty: fortepian, trąbka i skrzypce. Ta muzyka wlecze się niemiłosiernie, ale taki urok tych jednak nie za długich, bardzo zgrabnych, klimatycznych utworów. I choć czasem mogą się wydawać nużące, albo zlewać się w jedna całość, trudno odmówić im jakiejś magii. Czary dość mocno skoncentrowane. W leniwych wokalach przede wszystkim. No bo Olaf śpiewa jakby zasypiał. Jakby miał dość. Ten to jest dopiero zrezygnowany. A czemu? Posłuchajmy Stitches z debiutu:

I broke though the stitches
of your wounded heart
and ruined the sketches
for our brand new start

Ale max niechęci osiąga w refrenie. W doskonałym połączeniu tekstu, melodii i rytmu:
So this is where I ended up
(a loveless place)
'cause I never know when to stop
(came face to face)
with a liar's grace
 
Uwielbiam takie momenty. Największe emocje dopadają, gdy tekst, melodia i rytm tworzą całość. Doskonały, idealny moment, w którym  nie ma na siłę dopisywanej melodii lub tekstu, gdzie wszystkie komponenty kompozycji układają się naturalnie. Na płytach Amandine jest takich fragmentów więcej. Fragmentów, które jak wzorzec metra w Sèvres, wyznaczają idealną płytę. Oczywiście nie dla wszystkich.

So, tremor my heart
Shiver and shake
In passionate song
until you must break

Tubą zachęcić? http://youtube.com/watch?v=VHKNokmDEgA
Majspejsa pokazać? http://www.myspace.com/amandinemusic  

Wawatown, 05.01.2008