Nożykiem zrobię łódkę z kory
dodano: 11.01.2008

No pięknie. Czas zachrzania jak ogłupiały i żaden cwaniak go nie zatrzyma. Mijają właśnie 3 lata od kiedy po raz pierwszy na scenie zobaczyłem jeden z moich ulubionych polskich zespołów- Muzykę Końca Lata.  Bez ściemy. To był bardzo ważny wieczór.
 
Przegląd kapel w Wiśniewie. 22 stycznia 2005. Wylądowaliśmy tam jako tzw. "gwiazda wieczoru”, a ja dodatkowo miałem okazję pojurorować i osobiście zawyrokować, która z kapel otrzyma możliwość nagrania płyty demo sfinansowanej przez tamtejszy ośrodek kultury.
 
Zajechaliśmy. Zimno jak pies. Mróz ściął szyby bezpardonowo i na sali raczej półmrok niż jasność zapowiadająca jakieś muzyczne wydarzenie w gminie. Szaro i smutno. Jeszcze cisza i spokój. Jeszcze nic się nie dzieje. Więc jest chwilka by skoczyć do sklepu i coś na rozmrożenie przynieść, by żołądek zagrzać, by przygotować się na przyjęcie na klatę muzyki kilkunastu młodych zespołów, by z odpowiednią jasnością umysłu sprawiedliwie ich ocenić i nikogo nie skrzywdzić.
 
No już się schodzi publika. Już popijają przed ośrodkiem, zaczepiają dziewczyny, już się umawiają na spotkanie w dniu jutrzejszym, już wchodzą na salę i okupują porozstawiane pod ścianami ławki, już nieśmiało dygają nóżką.
 
Zaczęło się. Pierwsza kapela: szatan w skórze Judas Priest. Druga: szatan w postaci najczystszej. Trzecia: dużo mniejszy szatan. Czwarta kapela: długie włosy, jeden koleś chyba w dreadach, spodnie i buty adika czyli szatan w skórze Korna. Gdy już ręce załamywałem, gdy już nadzieję na miły wieczór traciłem, gdy już uszy prosiły o „wolniej, ciszej, melodyjniej” na scenie zamontował się zespół z Mińska Mazowieckiego. Powoli instrumenty wnieśli, powoli się podłączali, zmieniali blachy, ustawiali efekty. Kolega wokalista w słomkowym kapeluszu zapowiedział - Cześć, nazywamy się Muzyka Końca Lata. Zagramy kilka kawałków o miłości i przemijaniu. I nie dam sobie głowy uciąć, ale chyba zaczęli do Marii i Józefa. I stanąłem jak wryty, bo to był w końcu prawdziwy rokendrol, w końcu coś się na tej scenie zaczęło dziać. W końcu widać, że zespół gra po swojemu, że są naturalni, że nie stoją w rozkroku trzepiąc solówkę i nie moszują w imię Belfegora czy innego upadłego. Zachwyciłem się, gdy po zwrotce i po mówionym „bridżu”, nastąpił taki wybuch rockowej radości grania, taka lekkość bigbitu, taka eksplozja melodii, że aż mnie z nóg zniosło, aż kolega Jakub wyszedł z kanciapy z kanapką w ręku i pyta: – Co to? – Chyba dzisiejsi zwycięzcy – mówię z gębą nienaturalnie rozdziawioną. – Zobacz co za goście... – dodaję w momencie, kiedy wokalista nogą stara się nieśmiało i niezauważalnie poprawić efekt, a jak po prośbie nie skutkuje, kopie go, aż coś trzeszczy, charczy i w końcu zaskakuje. Ale to nic. Niby zmieszani, niby skrępowani, widać, że nie obyci ze sceną, ale robią na niej cuda, bo nogi nam same tańczą, bo wciąż gęby mamy pootwierane, bo ze sceny żywioł bije i ten żywioł z innego kosmosu jest, niż ten szatański. Znowu kopie efekt. Złośliwość rzeczy martwych plus stres występującego w konkursie równa się porażka, ale nie w tym przypadku. Tu szczerość i naturalność równoważą wszystko. Tu melodia i gitary szale na swoja stronę przechylają. Tu radość muzykowania bije nas po mordzie i każe patrzeć i słuchać. I oczarowuje nas do tego stopnia, że gdy z ust kolegi wokalisty pada: - Dziękujemy, to wszystko. Gdyby ktoś chciał nasze demo, to mamy tutaj parę egzemplarzy za 5 zł – to szybko wbiegamy na scenę i od zaskoczonych chłopaków kupujemy dwa egzemplarze. Od tamtej pory oni nagrali dwie płyty, zagraliśmy wspólnie mnóstwo koncertów i poznaliśmy się lepiej niż dobrze. 
 
A dziś po cichu złoszczę się, że MKL nie jest zespołem znanym szerszej publiczności. Chwalony przez indie dziennikarzy, praktycznie pomijany jest na playlistach stacji radiowych. A przecież to niemalże hit za hitem, w dodatku po naszemu. I z tekstem mądrym, i z rewelacyjnym gitarzystą, i z melodią, że to się zanucić da, zaśpiewać po dwóch przesłuchaniach. Przecież to takie polskie, z najlepszej tradycji czerpane, z Czerwonych Gitar, ze Skaldów, z Klenczona, Krajewskiego, czasem doprawione gitarowymi hałasami a la Pavement, czasem post rockowym klimatem, czasem sielskością podwarszawskich miasteczek. To taka muzyka i liryka dla wrażliwych, sentymentalnych chłopców i dziewczyn z miast i mieścin, co to kiedyś stali pod garażami i czekali na swoją drugą połowę, co to wracali od drugich połówek po nocy przez osiedla czy dla tych, którzy swoim ukochanym rzeźbili łódki z kory. Szczęśliwie znam chłopaków bardzo dobrze i tym bardziej urzeka mnie to co tworzą, bo wiem, że na co dzień są tacy sami jak ci, o których piszą. Ja, tak jak Bartek wierzę, że kropla skałę drąży i małymi kroczkami da się wiele osiągnąć. Więc kciuki trzymam nawet przy jedzeniu.    
 
A o Makaronie i Zmywaku – czyli panu gitarzyście i panu wokaliście - można by napisać osobny tekst. Bo to osobowości są na niezłą skalę.

 Ps. Podczas pisania tychże treści rozmawiałem na GG ze Zmywakiem i wyjaśniło się parę kwestii. Po pierwsze – kapelusz w Wiśniewie nie był słomkowy tylko kowbojski, i po drugie – pierwszym utworem zagranym tamże był Żabi (Żabim Holokaustem wtedy zwany).
 
 
 
Wawatown, 11.01.2008