Sztuka się broni
dodano: 06.09.2009


Akt pierwszy
Scena Pierwsza:
Osoby: dwie panie i dwóch panów
 
Szara Almera rocznik 87 parkuje spokojnie na parkingu przed Liceum Ogólnokształcącym w niewielkiej mieścinie, której szczęśliwie położyło się nieopodal większego wojewódzkiego miasta. Wraz z ostatnim chrzęstem kół, z drzwi budynku wybiega kobieta około pięćdziesięcioletnia w staromodnej garsonce w kolorze „midl najntins seledyn”. Trwała, pewnie położony na policzkach róż, pod kolor ubrania lekko zazieleniona powieka. Pani dyrektor w pełnej krasie. Już z kwiatami biegnie, bo gość w LO, to bóg w LO. Do kierowcy Almery podbiega wraz z nią pan od wuefu i pani pedagog. Jedno i drugie jak brat z siostrą. Te same wąsy, ten sam prawie niewidoczny, choć nigdy nie korygowany okularami zez. Z całej trójki bije tak nieziemska dobroduszność, że kierowca poczuwa się pewnie, lepiej niż przed godziną, kiedy wychodził z domu, by tu dojechać. Bo choć sam zaproponował to spotkanie, sam chciał rozpocząć tą misję, to brak przekonania w jakikolwiek pozytywny jej efekt, nie pomagał mu w ogóle. Na widok kwiatów poczuwa się niezręcznie, ale i odpowiedzialnie. Pan kierowca to muzyk, artysta młodego pokolenia. Lat na oko 27. Lider znanego alternatywnego, młodzieżowego zespołu. A pani dyrektor z młodzieżą jest w stałym kontakcie, więc wie z kim się jej wychowankowie spotkają, kto poprowadzi dzisiejszą pogadankę, kto dziś wpiszę się do pamiątkowej księgi Liceum, obok Krystyny Jandy, Katarzyny Grocholi i Michała Żebrowskiego. I sam fakt spotkania z kimś znanym podnosi jej bezpiecznie ciśnienie i sprawia, że róż na policzkach już nie potrzebny jest, już karykaturalnie wygląda.   
 
Powitanie, przedstawianie, uściski, wręczenie kwiatów, zapewnienie o bezpieczeństwie samochodu, kurtuazyjne pytanie o przebieg podróży, zaproszenie do środka.
 
Scena druga:
osoby: sala, grono pedagogiczne, gość
 
Niewielkich rozmiarów sala gimnastyczna w LO. Pod koszem do gry w kosza stolik. Na nim czerwony obrus, woda mineralna (2x0,5 litra), dwie szklanki słonych paluszków, tacka z ciastkami na wagę (pawie oczka, maślane oczka, kokosowe oczka, czekoladowe oczka), wypasiony mikrofon bezprzewodowy Shure PGX24/PG58. Obok dwie, niedużych rozmiarów, kolumienki głośnikowe marki PEAVEY Escort 2000. Miejsce spoczynku gościa to dyrektorski fotel, na którym swoje pośladki sadzali najznamienitsi polscy artyści odwiedzający czasem skromne progi LO. Przed stolikiem około dwustu uczniów i uczennic siedzących w specjalnie przyniesionych tu na tę okazję ławkach. Licealiści podekscytowani rychłym kontaktem z ich idolem szemrzą jak pobliski strumyk, nad który chodzą w skryciu palić drogie papierosy. Ktoś dzwoni do kumpla z osiedla, ktoś do kumpla wagarowicza, któraś do mamy z opowieścią a jakież to święto dziś w szkole, a któż to nie przyjeżdża. Grupka młodzieży, siedząca najbliżej okna, zaczyna śpiewać nieśmiało największy przebój, mającego zaraz się pojawić gościa. Śpiewają z odpowiednim namaszczeniem, bo to rzecz kultowa. Zarówno piosenka jak i gość. Pomysł podchwytują inni i już pół sali gimnastycznej śpiewa z przejęciem piosenkę o ciężkim dorastaniu na przedmieściach, gdzie „psy dupami szczekają, a koty wołają o śmierć”.
 
Otwierają się drzwi do sali. Cisza w momencie. Pierwsza, z głową wysoko uniesioną, przemierza progi pani dyrektor. Za nią pani pedagog, pan od wuefu i bohater dzisiejszego spotkania – nazwijmy go Bartek – pseudonim artystyczny „Czajnik” (no nigdy nie był przesadnie śmiały). Korowód znakomitości zamyka pan Gwóźdź – szatniarz i konserwator w jednym, tu w roli ochroniarza. Na widok Czajnika wrzawa jakby się Armagedon zaczął, jakby z czubka Mount Everestu niebo spadło tocząc się w nieskończonej kanonadzie dźwięków na sam dół, pod stopy szczytu, aby tam spotęgować cały ten hałas i dokonać tym samym eksterminacji całej ludzkości miażdżonej siłą fal dźwiękowych. I brawa i okrzyki i wiwaty i kwiaty. Marysia odważa się rzucić jej ulubionego misia, Sebastian nagrywa wejście idola na komórkę (6 megapixeli, full kolor, dźwięk stereo, karta 4 giga, optyka Carl Zeiss), Martyna z Jolką wczepiły dłonie we włosy i ciągną za nie z całej siły, jakby chciały się upewnić, że to nie sen, nie zjawa jakaś. Mirek ma laptopa, już się loguje na naszej-klasie i na gorąco uzupełnia swoją galerię, drugą ręką klepiąc smsa o powiększenie transferu na swoim koncie. Umówmy się, 1 MB to nie jest dużo, a jakieś eurogąbki na koncie jeszcze są!!! Hanka nerwowo odkręca butelkę z wodą. Nie jest w stanie uwierzyć, że ON tu jest, że zaraz usiądzie. Grażyna uważa naszą-klasę za zabawę dla dzieci. Szybko zaczepia Mirka, aby w wolnej chwili dał jej się zalogować na Facebooka. Jej telefon też w górze, ponad rękami wszystkich, bo Graża w sekcji siatkarskiej jest. Później wykorzysta wzrost do uzyskania lepszego kadru i dźwięku. Szymon siedzi w koncie. Szymon jest uzdolniony plastycznie. Szymon reprezentuje szkołę w konkursach malarstwa. Zawsze wygrywa. Dziś pod drabinkami nie ostrzy ołówka, bo gdy tylko Czajnik siądzie, on zacznie rysować węglem jego karykaturę. Nie dlatego, że go nie lubi, oj nie. Raczej dlatego, że w dziedzinie malarstwa akwarelowego i szkiców osiągnął już wszystko. Czas poszerzyć horyzonty, czas na nagrody za rysowanie solą ziemi czarnej. Julia i Jurek mocno do siebie przytuleni w ostatniej ławce, kończą szalik dla Czajnika. Ona macha drutami, on podaje jej włóczkę. Ona stara się drutami napisać na szaliku nazwę zespołu oraz ich ulubiony wers z dawno zapomnianej jego piosenki. Oboje noszą okulary, a jedno z nich ma je zlepione plastrem. Fryzura pościelowa. U niego i u niej pełno kogutów. Oni przyziemnymi sprawami jak fryzura się nie zajmują. Asia wrzeszczy jakby ją piekło opętało. Jakby „god of the hell” przekuł jej płuca rogami. Jakby miała ostatnie tchnienie wydać. Mimo to trzyma nad głową komórę i choć nic więcej oprócz jej wrzasku uwielbienia nie będzie słychać na nagraniu, to pamiątka po zejściu anioła we własnej osobie będzie na zawsze. Michał kasuje z komórki zdjęcia Anny Muchy zrobione wczoraj nad zalewem w ich miasteczku. Miejsce Muchy w jego telefonie zajmuje Czajnik, a chwilę potem pierwsze zdjęcia ze szkolnego spotkania lądują na kozaczek.pl
 
Pani dyrektor usadza gościa. Podnosi rękę do góry w geście uciszania. Dodaje do tego słodki uśmiech. Sala powoli cichnie.
 
Pani Dyrektor: Dzień Dobry wszystkim. Dziś naszym gościem jest pan Czajnik. Idol zapewne wielu z Was!
                 
Okrzyki z sali: Czajnik masta!!! Czajnik Rulez!!! Czajnik ssie!!!
 
Czajnik: (w całej niezręczności sytuacji spuszcza lekko głowę na dół i uśmiecha się pod nosem. Miło mu, ale lekką żenadkę czuje. Widać)
 
Pani dyrektor: Spokojnie, spokojnie. Pan Czajnik tydzień temu zadzwonił do nas do szkoły i zaraził nas swoim pomysłem zorganizowania szkolnych spotkań i rozmów z młodzieżą na temat branży muzycznej w Polsce. Opowie Wam jak się organizuje koncerty, jak nagrywa i sprzedaje płyty. Opowie o najśmieszniejszych zdarzeniach z życia muzyka. Zapewne wielu z Was słucha na co dzień muzyki, czy to w radiach czy to w domach, więc na pewno będziecie mieli wielką przyjemność z zadawania pytań panu Czajnikowi, a i on sam z chęcią doda coś od siebie. Proszę Pana, oddaje Panu głos.
 
Czajnik: Witam.. Przyszedłem do Was dzisiaj, bo od paru lat obserwuje Wasze zdziczenie. Wasze rozpuszczenie. Waszą chęć posiadania wszystkiego teraz, zaraz, za darmo, na wyłączność.   
 
Sala: milczy póki co, zbaraniała po tak odważnym, bezkompromisowym wejściu w temat.

Pani dyrektor: jeszcze do niej nie dotarło, jeszcze się uśmiecha w zamyśleniu.
 
Czajnik:  Nie przedłużając, bo czas każdego jest cenny… Czy ktokolwiek z Was zastanawiał się nad tym jak powstaje płyta? Bo chyba wiecie, że nagrywa się płyty, a nie empetrójki? Wiecie?
 
Sala:  Wciąż milczy póki co, zbaraniała po tak odważnym, bezkompromisowym wejściu w temat. Dodatkowo Sebastian wyłączą muzykę. Opuszczają się komórki, cichnie wentylator laptopa, szydełka pracują wolniej. Tylko serca jeszcze szybciej… Czajnik kontynuuje.
 
Akt drugi
Scena pierwsza (ostatnia)
osoby: autor -  zrozpaczony brakiem wyobraźni
 
Autor tekstu wstaje od komputera bo gubi wątek. Plącze się w wyobrażeniach, ale nic z tego nie wynika. Nic się nie układa. Ciężko złożyć do kupy takiego bohatera – artystę, który powiedziałby wszystko co chcę powiedzieć autor tekstu. Nie starcza wyobraźni, nie starcza wyobrażenia. Za mała głowa. No bo nie wie, pojęcia nie ma jak poprowadzić chwilowy monolog głównego bohatera, aby cała sala z zaciekawieniem słuchała o tym, że przecież nagrywanie płyty to proces. Długotrwały. Nierzadko wyniszczający (jeśli nie zdrowie to np. stosunki rodzinne). Że po coś się siedzi w próbowni wiele dni czy miesięcy. Że po coś się płaci duuuże pieniądze, aby wejść do studia, a już jak się tam jest, to po coś się to brzmienie cyzeluje, po coś spędza wiele godzin na szukaniu odpowiedniego brzmienia gitar, perkusji, po coś się wybiera taki a taki klawisz, i taki a taki model gitary. Jest jakiś sens w wielogodzinnym śpiewaniu jednej i tej samej piosenki, aby wyśpiewać wreszcie wersje ostateczną, idealną. Po jakiegoś jednak grzyba są te burzliwe dyskusje nad okładką płyty, nad jej klimatem, czy kolorowa, czy czarnobiała, czy rysowana, czy fotografia, czy digipak czy pudełko… Po coś to jest. I na pewno nie po to, żeby se to wszystko później w pizdu  ściągnąć z neta, słuchać na komórce w jakości 128 kb/s i jeszcze zjebać, że chujowe.
 
Że nie starcza wyobraźni na bohatera, który to wszystko powie to pikuś, ale za nic autor nie jest w stanie wyobrazić sobie reakcji słuchaczy na tak przedstawiony temat.
 
I coraz częściej autora dopada myśl o wyjątkowości osób, które to zrozumieją i płytę kupią. I rzucą tym samym zespołowi swoiste „dzięki wielkie”.
 
KONIEC
 
wawatown, 06.09.2009