Wakacje. Czas telewizyjnych powtórek, miałkich propozycji kinowych, upadków biur podróży, wściekłych klientów PKP, katastrof lotniczych, topielców i kolejnych apeli o nie skakanie na główkę do nieznanych zbiorników wodnych. Czas przeklinania złej pogody i żulików młodej generacji wysiadujących przed klatką, spluwających na wszystko w zasięgu paszczy. Czas leniwych dni niesamowicie do siebie podobnych, imprez na plaży, czas miłosnych uniesień zapadających w pamięć w postaci obrazów raczej nieruchomych, ale pełnych słońca i kolorów, pochodnych żółtego i zielonego. A ja siedzę i nadrabiam, albo jeżdżę i nadrabiam. Bo granie w zespole jest super, ino tylko jeśli zabiera ci dużą część roku i omija się np. najważniejsze koncerty, to powoduje w człowieku lekkie zacofanie, które na hura, w ilości hurtowej próbuje się później nadrobić.
Nadrobiłem zeszłorocznego Openera jadąc na tegoroczny. Wrażenia? Z dnia na dzień okazało się, że 72 hektary niczym nieskrępowanej przestrzeni, mogą mieć swoje granice i lekko przytłoczyć zagęszczeniem ludzia. Nawet gdy grały najbardziej oczekiwane kapele, te teoretycznie największe, przyciągające największą publikę, to przejście z końca jednej niekoncertowej części lotniska na drugą, wiązało się ze spędzeniem 15 minut w wielkim pochodzie zombiaków. Masakra! Muzycznie o mijających Openerze mówi się jako o zestawie marzeń. No, zależy kto ma jakie marzenia. Ja tam Cake’a nie widziałem. Zaskoczył mnie za to pozytywnie Peter, Bjorn and John – bo w sumie z braku ciekawych koncertów na innych scenach znalazłem się w namiocie i po raz pierwszy na oczy i uszy zobaczyłem i usłyszałem Szwedów. Zdarzają się czasem w życiu takie momenty, a zdarzają się nad wyraz rzadko, że człowiek czuje wagę miejsca i czasu, w których się znajduje i jego absencją gdziekolwiek indziej nie zawraca sobie głowy. No to ja tak miałem. Jak dziecko cieszyłem się z „tu i teraz”. Przez tą godzinę nie było dla mnie lepszego miejsca, nie tylko na festiwalu, ale i szerzej nawet. Nie będę opisywał gdzie miałem gęsią, i w którym momencie; nie zaprezentuję jak nisko miałem dolna szczękę i jak szybko z euforii radości i nagłego przypływu energii przechodziłem w stan zadumania, smutku. Bo zespół żonglował serwowanymi emocjami niemiłosiernie, a ja podatny jestem na tak podane dźwięki bardzo. Od dawna, właśnie dzięki takim koncertom, uważam, że poznawanie nowych zespołów powinno odbywać się podczas ich występów na żywo. Oceniasz i poznajesz wtedy cos więcej niż okładkę, teksty i umiejętności producenta. Tu na tacy podają ekspresję, żywe emocje i dźwięki, kontakt z publicznością, umiejętności wykonawcze itp. A ty stoisz i patrzysz na reakcję kubków smakowych. Podejdzie czy nie podejdzie?
No właśnie nie zawsze podchodzi. Arctic Monkeys – fanem nie jestem, ale miałem nadzieję, że porwą. Nie porwali. The Kooks – cenię, lubię – nie porwali. Lilly Allen – lubię słuchać w samochodzie – nie porwała, Kings of Leon znudzili na maxa – poza tym na najlepsze utwory kazali czekać strasznie długo (nadal uważam, że to do bólu przeciętny zespół z kilkoma rewelacyjnymi kawałkami z ostatniej płyty), ale na szczęście w namiocie energetycznego kopa w łeb rozdawali Ting Tings – i to chyba było dla mnie najważniejsze wydarzenie ostatniego dnia festiwalu. Koncert pamiętam jak przez mgłę. Resztkami sił starałem się poprosić mój mózg o odłączenie receptorów w nogach, które od kilku godzin buntowały się przeciwko wykorzystywaniu ich do rzeczy podstawowych – chodzenia i stania. Jak to mówią: festiwal to wieczna wędrówka.
Dobra…zamykam temat mając nadzieję, że za rok zmniejszymy liczbę uczestników, albo zwiększymy część gastronomiczno – handlowo - regeneracyjną. I zobaczymy Eelsów i Cake’a i lamusów z Weezera i Whitest Boy Alive i Sondre Lerche i Mew i The Pierces i…
…i skoro o zespołach mowa…
Zajadam się ostatnio dźwiękami z płyt: Peaceful The World Lays Me Down oraz The First Days of Spring zespołu Noah and the Whale. Ta druga jeszcze nie miała premiery (zapowiadana jest na 31 sierpnia), ale wyciekła do internetu i związku z tym wiem już jaki będzie mój pierwszy powakacyjny płytowy zakup. Dla tych, którym nic nie mówi nazwa, ani wyrazy indie, ani folk, polecam zerknąć tu:
I tu:
Dodatkowo zupełnie nie przypuszczałem, że będę w stanie kiedykolwiek polubić zespół grający, według różnych źródeł – Indie-Folk-Rock-Psychedelic;-) Tymczasem melodie, brzmienie i duch lat 70 urzekły mnie zaskakująco na albumie Up From Below dziesięcioosobowego zespołu Edward Sharpe and The Magnetic Zeros. Video oglądać najlepiej w HD. Prawie 2 minuty się rozkręca, ale jak wchodzą żeńskie wokale to wymiata. Cała płyta nagrana została na 24 śladowym analogowym sprzęcie z 1979 roku. I moje niewprawne ucho to słyszy. Miód!
Na majspejsie Mew do posłuchania wrzucona dwa nowe numery. Jak dla mnie - bomba. Niedługo nowa płyta. Kolejny powakacyjny zakup się szykuje.
http://www.myspace.com/mew Nowy numer z tekstem tu:
Dobra. Spadam. Pogram może w Call of Juarez, życząc Państwu miłego słuchania;-)
Ps. w ramach nadrabiana widziałem nowego Terminatora. Daje radę!;-)
wawatown, 20 lipca 2009