To będzie dobry rok
dodano: 18.03.2009

Na studiach dziennikarskich zawsze mówili mi: „Trzeba mieć swój język, swój rozpoznawalny styl i być oryginalnym”, po czym prezentowali badania mówiące, że najpopularniejszymi swego czasu tytułami gazetowymi, których tematyczne zastosowanie było kosmicznie szerokie, były dwa super oryginalne wykwity: pierwszy „I co dalej?”, oraz drugi: „Druga strona medalu”. Stosowano je zarówno w relacjach sportowych, jak i w reportażach np. z dnia spędzonego w firmie pogrzebowej. Minęło kilka lat, a ja mam wrażenie, że wszyscy piszący do serca sobie te uwagi wzięli, uwierzyli w siłę swojego pisania i poznali moc przekaźnika jakim są media. Teraz tę moc wykorzystują na kreowanie swojego jakże krytycznego wizerunku. Oni teraz w chwil kilka mogą pod niebiosa unieść, oni w sekund parę mogą zrzucić z piedestału i zagrzebać, albo na wieczną śmieszność skazać. I wkurwia mnie to.

Oczywiście jako zupełnie przeciętny człek o zainteresowaniach ogólnomuzycznych i ogólnokulturalnych, w tamtą stronę goryczą mi się odbija. No bo przeglądam zupełnie niemuzyczną gazetę i widzę ogromną reklamę płyty młodego zespołu, która wszem i wobec ogłasza, iż ta cd to debiut roku i najlepsza płyta roku 2009, choć do jego zakończenia pozostało „ledwie” 10 miesięcy. Oczywiście traktuję takie chwyty zgodnie z ich przeznaczeniem, i z czystym, otwartym na młode, sercem, zabieram się do przesłuchania tego materiału dźwiękowego. I trafia mnie po chwili, choć powinno raczej spłynąć jak po drobiu. Trafia mnie bo okazuje się, że nasi, grają jak nie nasi, dodatkowo śpiewają o bzdurach w sposób niesamowicie pretensjonalny i drażniący, a brzmieniowo i gatunkowo spóźnili się o kilka lat. Dodatkowo sugeruje się, że kto jak kto, ale ONI to wiedzą jak pisać dobre songi. Ja szukam tych songów, ale ich nie słyszę, więc się poddaję. Płyty na własność nie kupię. Ale moje rozczarowanie ma się nijak do innych recenzji w prasie. Bo ja czytam teksty w stylu ”w końcu nasi grają światowo, tak jak grają najwięksi” i mi smutno bo z jakiej paki my musimy do nich równać? Czemu musimy być światowi? Czemu największym sukcesem polskich niezależnych kapel ma być fakt, że grają tak jak za granicą? Czemu cieszymy się, że w końcu jest zespół, którego nie powstydzimy się poza naszym krajem, bo gra tak jak się gra u nich? A czemu my musimy te nasze kompleksy leczyć w ogóle? Świata przecież nie zmienimy. W hameryce każdy gnojek, zanim porządnie opanuje jazdę na bmxie, może iść do sklepu i za kieszonkowe zakupić dobre wiosło i wzmacniacz, tłuc z kolegami do bólu, aż mu łapy odpadną i okaże się czy coś tego wspólnego muzykowania będzie czy nie. Tam zdecydowanie łatwiej o narodziny legendy. Szanse są nieporównywalnie większe. Ile samorodnych talentów u nas w Polszy umarło śmiercią naturalną? Ilu nieświadomym opatrzność dała talent, który przez losu nieopatrzność zmarnowali? No bo tu się żyje inaczej niż w usa czy na wyspach. Tu łatwiej znajdziesz dilera niż miejsce do grania, szybciej wciągniesz się w misję na Marsa niż w granie żywej muzy. This is not USA... - jak śpiewał wielki Farina. Czemu musimy miarą makro mierzyć nasz mikrokosmos? Przecież nawet jeśli pojawi się na polskim rynku zespół, który na łopatki rozłoży wszelaką konkurencję i na wysokim światowym poziomie nagra super przebojową indie płytę, to w skali makro przepada niechybnie, od zaraz, od ręki, momentalnie. Próby były: Hey i Myslovitz podjęli rękawicę, ale szybko wrócili do nas na tarczy. Kto jak kto, ale oni chyba mogą śmiało powiedzieć, że lepiej rządzić w piekle niż służyć w niebie.

Kolejne wkurwy naszły mnie przy czytaniu kilku recenzji mojej ostatnio ulubionej polskiej płyty czyli Drivealone - Thirty Heart Attacks A Day. W paru miejscach w sieci i w kilku papierowych periodykach wyczytałem o wyjątkowości tego projektu i starym zwyczajem ściągnąłem, posłuchałem, zakochałem się, wpadłem po uszy i w końcu zakupiłem. Jako, że kolega Piotrek (czytaj Drivealone) jest gitarzystą zespołu Muchy, z którymi aktualnie koncertujemy, miałem okazję u źródeł przekonać się o słuszności jakichś tam moich podejrzeń i odczuć co do np. sposobu realizacji płyty, miksu, wyboru przerywników między utworami i skonfrontować to z tym, czego naczytałem się w necie i gazetach. Z tej konfrontacji wyłania się obraz dziennikarza, który uważa (nie tylko w przypadku akurat tej płyty), że wszystko co najlepsze skończyło się na Kill'em all, generalnie nie jest źle, ale do wysokiego poziomu światowego to jeszcze lata świetlne, i oczywiście w sumie to wszytko fajnie, ale i tak najlepsze są epki czyli małe płytki, no bo ta płyta to tak dziwnie nagrana itd. No i fajno. Ale na takie schematy pisania recenzji (?) nadziałem się wiele razy. I pewnie gdybym się jakoś tam sugerował tym, co piszą w necie i w gazetach, w życiu nie dotarłbym do ważnych dla mnie kapel. No bo jak ja dostaję w swoje łapy płytę artysty, który tylko swoją i wyłącznie swoją osobą odpowiedzialny jest za całokształt nagrań, to mam przed oczami świadomego człowieka, z premedytacją używającego takich a nie innych pluginów do takich a nie innych programów, by nagrywać takie a nie inne instrumenty, w taki a nie inny sposób. I wychodzi na moje, bo okazuje się, że wszystko do czego najłatwiej się przyczepić w Thirty Heart Attacks A Day, to efekt zamierzony. A już najbardziej nie rozumiem zarzutu o niepiosenkowość tego materiału, o wyższość wspomnianych epek nad całym albumem. Posłuchałem i epek. I gdybym zapoznał się z nimi przed płytą, pewnie bym po nią nie sięgnął. Bo kompozycje trochę rozwleczone, tak samo jak i melodie, no nie trafiłoby to do mnie raczej. Bo tam nic nie wpada w połowie tak łatwo w ucho, jak chociażby The Sickening czyli pierwszy numer z pełnej płyty. Bo tam tak czysto jest, tak klarownie i nie ma chociażby skrawka zapowiedzi tego płytowego niepokoju, tego brudu. No, ale wiadomo...co kto lubi. Ja słucham albumu po raz nasty i łaskawie czekam aż mi się znudzi i przejdę do następnych. I nie żalę się w tym przypadku, bo naszych biją, bo nie mam kilkunastu lat i wiem, że dobra muza obroni się bez słowa. Męczy mnie tylko czytanie w kółko tych samych bredni, powielanych bezmyślnie przez to jednego albo drugiego, skrywającego swoje lico tuż pod nóżkami od komputerowej klawiatury. No wiem wiem...przecież nie muszę czytać, ale wkurwia mnie ta wszechwiedza, to przekonanie o swojej racji, które wyłażą z tych tekstów i krzywdę robią.

Skoro wywołałem lekuchno o Muchy… Dla mnie są przykładem kapeli, której media nałożyły na plery taki bagaż, niewygodny, nieporęczny i olbrzymi, że aż czasem im ciężko oddychać. W moim mniemaniu oni (zaznaczam „w moim”, bo z chłopakami o tym nie gadałem) chcą być najnormalniejszym zespołem na świecie. Bez bagażu bycia nadzieją polskiego indie, bez ciągłego niuchania wokół czy zespół już się wypalił czy nie, czy jeszcze jest niezależny czy raczej się już sprzedał, czy nadąża za światowymi trendami w indie, bez zastanawiania się czy my jako zespół niezależny powinniśmy coś robić czy nie powinniśmy. Dla mnie niezależność to nie elitarna muzyka, to nie nisza, z której nie można się wychylać, żeby przypadkiem ktoś cię bardziej nie usłyszał i mocniej nie polubił. A odnoszę wrażenie, że tak właśnie muzykę indie u nas w pięknej Polszy się odbiera i postrzega. Niezależność w przypadku Much to odwaga. No bo nie każdy z tak hermetycznego środowiska jest gotowy zagrać serię koncertów z happysadem. Dla indie-środowiska jesteśmy wzorem obciachu, tandety, a chwilowa nawet koegzystencja ich kapeli z nami podczas wspólnej trasy, może się zakończyć niezdrowo dla przedstawicieli niszy. Normalnie trądem ich poczęstujemy i zlecą się na ich koncerty tabuny gimnazjalistek, a tego nikt by nie chciał. Zbyt duża popularność nie jest pożądana.

Aby mieć pogląd muszę mieć ogląd, dlatego jestem częstym gościem różnych for muzycznych. Śmieszne rzeczy można tam przeczytać: happysad to gówno!, Muchy to gówno, jak słuchasz hepishit to jestes gówno wart, jak lubisz Muchy to wypierdalaj, happysad to muza dla gówniarzy, Muchy to muza dla indie dzieciaków, kocham happysad, uwielbiam Muchy, jak uwielbiasz Muchy to won, jak uwielbiasz happysad to idź stąd, happysad to syf, Muchy to syf, Panie Wiraszko, gdzie pana niezal skoro z happysadem grasz??? Najstraszliwsze jest przekonanie tych ludzi, że te zespoły w realu powinny traktować się tak, jak ich fani w świecie cyfrowym. Czyli podczas naszego koncertu, chłopcy powinni mieć przygotowane wiadra z gównem i z bardzo dobrych miejsc w pierwszym rzędzie, mogliby ciskać nimi w nas śpiewających, że Miłośc to nie pluszowy miś. Niestety nic bardziej mylnego. Jesteśmy częstymi gośćmi naszych koncertów. Nie raz oni na naszym, a my na ich koncercie biliśmy brawo po każdym kawałku, nucimy zupełnie nieświadomie swoje piosenki na bekstejdżu, jesteśmy dla siebie mili, uprzejmi, pożyczamy sobie sprzęt jak coś się zesra, wspólnie gadamy i mamy do siebie ogromny szacun, a jak jest szacun, to i człowiek z człowiekiem napić się może. Jesteśmy normalni. Niejeden mógłby się srodze rozczarować brakiem niechęci obu zespołów do siebie. No, ale przecież jak skaczą to nie znaczy, że się podoba…

wawatown, 18.03.2009